para z wrzącej herbaty osadzająca się na okularach...przed oczami jakieś karki zapełnione mnóstwem maleńkich literek, które stoją obok siebie w jakimś bezsensie słów...kręgosłup naprostowany jak się należy, wzrok wbity w nieokreślone miejsce, myśli rozbiegane hałaśliwie w wyścigu przyszłości, sny o niczym...nie ma mnie tu...nie ma mnie w teraz...nie ma mnie nigdzie...straciłam ze sobą zupełnie kontakt...może ktoś zbyt gwałtownie mnie obudził i moja dusza nie zdążyła wrócić i wskoczyć w moje ciało...nieostrość widzenia zupełnie nie spowodowana źle dobranymi szkłami do okularów...czas wkroczyć w życie...zabłoconymi do niedawna butami postawić ślad na tej nieskalanej ścieżce...pewnie takie refleksje mają ludzie, którzy z roku na rok obchodząc swoje urodziny czują, że są starsi..a co gdyby tak nie odczuwać czasu? jak indianie Xawante? co gdyby czas można było rozciągnąć? podobno mnisi meksykańścy to potrafią (tak kochana wiesz o czym mówię;) )...i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że bez zegarka nie ruszam się prawie nigdzie...i czasem mam wrażenie, że patrzy na mnie z tej swojej tarczy i pokazuje mi wielkie "fuck u" tymi swoimi maleńkimi wskazóweczkami...zawsze jest jakoś na odwórt, więc postanowiłam, że nie będę na niego patrzeć...podobno co z oczu to z serca...czemu nie, na własnej skórze przekonałam się, że to prawda :) pani Bartosiewicz Edyta zaśpiewała dawno temu, że "zegar jest całkiem bezduszny"..o jakże ona się pomyliła!!! ma to cudo dusze, niezywkle złośliwą i dokuczliwą duszę...ale ma...szkoda, że z posiadaniem duszy nie wiąże sie posiadanie wyrzutów sumienia, bo może wtedy czas odmierzany tym przyrządem byłby bardziej łaskawy? kto to tam może wiedzieć...ostatnimi czasy mam wrażenie, że z moich wszystkich zegarków, zegarów wylazły te dusze i siedzą mi na ramieniu i karku ciągle szeptając, że jest ten i ten dzień miesiąca, tygodnia, że ta i ta godzina, i że zostało mi tyle i tyle...cierpliwie słucham, bo nie ma sensu wdawać się w jakiekolwiek dyskusje, które i tak w pewnym momencie (zazwyczaj już po pierwszym słowie) przerodzą się w monolog...a jeśli jest się w miejscu publicznym, to taka rozmowa może przysporzyć problemów...albo conajmniej można najeść się wstydu...cóż...nikt nigdy nie powiedział, że nie można oszaleć z powodu nieustannej ignorancji ze strony czasu....bo czemu nie?
dookoła cisza...wciska się swoim obślizgłym cielskiem w każdą szczelinę pokoju...wylewa się z oczodołów, uszów, rąk, nóg, głowy...jest wszędzie tak nachalnie i z naciskiem....nie ma nic...nie ma nikogo...pusty śmiech do łez...śmiech prosto ze stwardniałego serca...wszystko ogarnia cisza...poukładane alfabetycznie książki straciły wszystkie litery i milczą grobową ciszą...nic...za oblanym potem oknem milczy nawet huczący do niedawna wiatr...usta zarastają cienką błonką niepewne czy jeszcze kiedykolwiek się odezwą...oczy zachodzą grubą warstwą mgły przekonane, że już nie zobaczą niczego poza sobą...nie ma nic...cisza wylewająca się z sufitu...nie można na niczym zawiesić wzroku...długopisy wypuściły z siebie cały tusz...ołówki połamały rysiki...milczenie zabijające powoli, nielitościwie powoli...ściekające gdzieś z otchłani porośniętego mchem mózgu do samego dna podgnitego żołądka...cisza...cisza...cisza...nawet nagły dźwięk wykrzyczany z otchłani nie przerywa ciszy...zapadła nade mną jak odwieczna, gęstniejąca z godziny na godzinę mleczna morska mgła...nie ma nic..cisza...cisza...cisza...obrosłam nią jak skórą...nie ruszę się już nigdzie...zapuściłam korzenie w niej, głęboko, najgłębiej...cisza....ciiiii.....
oho! odezwał się jakiś cichy głosik...kto śmie przerywać moją świętą ciszę?! po lewej stronie spokojnie i miarowo stało nienaruszone tworzywo jakie wycięłam sobie wczoraj gdzieś z okolic mostka...nie, ono już żadnej ciszy nie zakłóci...spojrzałam zatem w prawo, a tam tylko stare drewniane łóżko ze złamaną nóżką stało tak jak zawsze, wrośnięte w podłogę sąsiadów...wróciłam więc do swoich zajęć...wprowadziłam palce w odpowiedni nastrój i uspokojone moim oddechem znów zaczęły tańczyć na scenie z czarnych kafelków klawiatury...oho! odezwał się znów jakiś cichy głosik...teraz najlepiej byłoby się szybko odwrócić w którąś ze stron i przyłapać posiadacza tego głosiku...nie odwracam się jednak, bo przecież nie ma czasu na jakieś kulawe śledztwa...teraz jest czas pracy...zamykam oczy i miarowym oddechem znów uspokajam opuszki palców, żeby wybijały odpowiedni rytm dla całej reszty dłoni...zamykam oczy, opada kurtyna a tam za zasłoną z rzęs pojawia się maleńka rysa...oho! woła do mnie i podskakuje radośnie...przestań! wołam do niej stanowczo..oho! oho! ohooo!! przestań!! sprawiasz mi ból moja mała przyjaciółko! zdziwienie publiczności sięga zenitu...oho staję się coraz większe, opasłe, nieprzyjemne...trzęsie całym teatrem mojej głowy...przestań! wołam z rozpaczliwego bólu...zdziwienie publiczności zwiększa się tym bardziej, że wszystko pęka, strzela, sypie się w gruzy...zaciskam mocniej powieki, może jakimś sposobem uda mi się zniszczyć tę wcale już nie małą rysę, która ruinuje całe moje przedstawienie...zaciskam wołając PRZESTAŃ!! nagle ciemność zapadła w mieście zabrakło prądu...trzeba koniecznie znaleźć świeczke...za późno...oho! i wszystko poszło z dymem....
POCIĄG #1Gďż˝OSOWANIE
Zag�osuj na tego eBloga w rankingu eBlog.pl